niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 5. Co się stało kiedy straciłam przytomność?

2 komentarze=next w czwartek :D                                                               
Po dłuższym czasie Wiktoria zaproponowała spacer. Zgodziłam się, bardzo lubiłam spacery.
- Nie będziesz miała nic przeciwko jeżeli Remek i Dezy też pójdą? - spytała. Dezy może iść, ale Remek już niekoniecznie. Uśmiechnęłam się szerzej, by wyglądało to tak jakbym cieszyła się na tę propozycję. Dziewczyna zerwała się z kanapy i wybiegła z pokoju krzycząc, że po nich pójdzie. Moje ręce zaczęły drżeć. Zawsze tak mam gdy się czymś denerwuję. Nadal nie wierzę, że tak szybko wlazłam komuś do łóżka. Nie mogę przyjąć tego do wiadomości.. Nigdy nie piłam, nawet gdy rówieśnicy mi proponowali, raz zdarzyło mi się wypić i stało się to! Ja to mam szczęście! Po chwili usłyszałam kroki. Od razu się uśmiechnęłam. Unikałam wzroku Remika, nie umiałam mu spojrzeć w oczy...Najlepszym wyjściem okazało się gapienie w jakże interesującą podłogę. Wszyscy założyliśmy buty i wyszliśmy. Dopiero co początek lata, a jest już gorąco! 
- Idźcie dogonimy was! - powiedział Remek stając obok mnie. Moje serce zabiło szybciej, bałam się tej rozmowy, ale kiedyś musiała ona nadejść. Kiedy Wiki i Dezy już się nieco oddalili chłopak zaczął rozmowę. 
- Spójrz na mnie. - poprosił. Nie zrobiłam tego. Za bardzo się bałam, że usłyszę coś czego nie chcę. W końcu jego dłoń podniosła mój podbródek. Odważyłam się i spojrzałam mu w oczy. Wstrzymałam oddech czekając aż coś powie. 
- Jesteśmy przyjaciółmi? - ulżyło mi. Bałam się, że chłopak albo coś do mnie czuje, albo mnie nienawidzi.
- Tak. - odpowiedziałam uśmiechnięta. Tym razem był to szczery uśmiech. Bardzo cieszyłam się, że jesteśmy przyjaciółmi.
- Chodź ich dogonić, bo jeszcze się zgubią. - zażartował Remek.
- Czyli wyścig? - spytałam. On popatrzył na mnie z lekkim
zdezorientowaniem, ale po chwili widziałam uśmiech i rywalizację w oczach. Chłopcy uwielbiają sobie rywalizować. Ciekawe co powie jak wygram haha!
- Start! - krzyknęłam. Widocznie chłopak nie spodziewał się, że to ja zdecyduję kiedy będzie start bo został daleko w tyle. Odwróciłam się w jego stronę i pokazałam język, po czym jeszcze bardziej przyśpieszyłam. Nie mogąc wyhamować wpadłam na Wiktorię. Szybko podniosłam się z chodnika, a ona razem ze mną. Dyszałam strasznie, a moje serce biło sto razy szybciej.
- Wyglądasz jakbyś przebiegła maraton! - powiedział Dezy śmiejąc się. 
- Ści...Ścigaliśmy się z Remkiem. - musiałam robić między wyrazami przerwy na oddech.
- Musisz wiedzieć, że Remik nie jest dobry w bieganiu, więc trzeba będzie poczekać na niego trochę. - zaśmiała się Wiki. Rzeczywiście tak było...Poza tym Remkowi odechciało się biec i połowę drogi przeszedł. I tak był nieźle zdyszany.
- Wygrałam! - krzyknęłam z satysfakcją. Humor od razu miałam
lepszy. Zapomniałam o Dawidzie, o tym jak przestałam być "czysta" i ogólnie znów byłam beztroską dziewczyną! 
- To gdzie tak właściwie idziemy? - spytała kiedy mój oddech już się wyrównał.
- Do lasu. - odpowiedziała Wiktoria. Kocham las! Szczególnie latem! Wszystko takie zielone i kwitnące i jeszcze ten piękny zapach drzew. Przez całą drogę wygłupialiśmy się i śmieliśmy. Był również moment strachu kiedy bawiliśmy się w przepychanie i Remek wypadł na ulicę. Cud, że nie jechało auto! Okazało się, że w lesie mają całkiem niezłą miejscówkę. Ja z Wiki usiadłyśmy na huśtawkach, które były zwykłą deską z sznurkami, a chłopaki usiedli na dużym korzeniu drzewa. Wszystko było dobrze, ale ja niestety jak zwykle musiałam wszystko zwalić! Zaczęłam bujać się coraz wyżej, straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Tak jest też z moim życiem...W jednej chwili wydaje mi się, że wszystko jest super i jestem wtedy tak szczęśliwa, że mogłabym latać, niestety szczęście mija, a mi ktoś ciągle obcina skrzydła przez co znów jestem na dole! Cały świat zawirował, a mi przed oczyma zrobiło się ciemno... Straciłam rachubę czasu i kompletnie nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Świadomość odzyskałam dopiero wtedy gdy ktoś zaczął świecić mi po oczach latarką. 
- Co się stało?! - spytałam szybko podnosząc się do pozycji siedzącej co było strasznie złym pomysłem. Głowa strasznie mnie bolała, tak samo jak ręka, którą miałam w gipsie...Aż tak boleśnie upadłam!?
- Spadła pani z dużej wysokości. - odpowiedział. To wiem. 
- A później? - zapytałam rozglądając się po pomieszczeniu. Wszystko białe! Czyli było ze mną tak źle, że wylądowałam w szpitalu?!
- Cóż złamała sobie pani rękę i straciła świadomość przez uderzenie się w głowę. Na szczęście pani przyjaciele szybko panią przywieźli. - aha okey...
- A ile tu leżałam? - spytałam jeszcze bojąc się troszkę odpowiedzi.
- Jeden dzień i 7 godzin... - co?! Moja mama i tata o wszystkim wiedzieli, tak przynajmniej powiedział lekarz, więc nie będę musiała się tłumaczyć. Miałam nadzieję, że zobaczę rodziców jeszcze dziś, ale niestety praca nie pozwoliła im na odwiedzenie mnie. Jak się jednak okazało był ktoś kto mógł mnie odwiedzić...Do białego pomieszczenia wszedł blondyn o tych pięknych szaro-zielonych oczach i usiadł okrakiem na stołku przy moim łóżkiem.
- Nie wiedziałem, że obudzisz się tak szybko. - powiedział z uśmiechem.
- Chciałbyś, żebym obudziła się później? - spytałam znając odpowiedź. 
- Nie, oczywiście, że nie! - zaczął zaprzeczać. Chłopcy są śmieszni, mówią co im ślina na język przyniesie... Postanowiłam go o coś zapytać. Niby wiem to od lekarza, ale chciałam się upewnić...
- Co się stało kiedy straciłam przytomność? - spytałam.
- A więc.... 

2 komentarze: